„Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą.” - fragmenty

Trup leżał na deszczu. Przykryty własnym paltem wyglądał jak zmęczony nocną zabawą pijak. Jego krew nie brudziła kałuż, mimo to młody policjant trzymał się z dala. Jego mocno schodzone buty były świątecznie wyglansowane. Na widok podjeżdżającej dorożki wyprężył się na baczność, rozpoznając podkomisarza Maciejewskiego.
– Panie kierowniku wydziału, posterunkowy Rafalik... – zaczął.
– Wyście go znaleźli? – przerwał mu Zyga, unosząc niedbale dłoń do ronda kapelusza.
– Melduję, że nie. Znalazła go jedna, z przeproszeniem pana podkomisarza, prostytutka.
– Nie ma za co przepraszać. Lekarz i fotograf wezwani?
– Tak jest! – odpowiedział służbiście posterunkowy.
Maciejewski odchylił palto okrywające denata. Ten leżał na brzuchu z lewą ręką wyciągniętą nieco do przodu, jakby chciał pełznąć pod górę w kierunku Królewskiej, prawą przyciskał do lędźwi.
– Rigor mortis... – mruknął Zyga, ciągnąc zesztywniałego trupa za rękaw. Obejrzał jego lewy nadgarstek. – Otarcie od zegarka.
Mundurowy przyglądał się tym oględzinom z pobladłą twarzą.
– Coś ty, świeżo z Czechówki? – uśmiechnął się krzywo Zielny.
– Nie, panie wywiadowco, już będzie dwa miesiące po szkole – sprostował poważnie Rafalik. – A przy zwłokach znalazłem to! – Triumfalnie wyciągnął z kieszeni płaszcza plik wizytówek.
– Gdzie były? – warknął podkomisarz.
– Walały się tu naokoło, to pozbierałem.
– A niech was szlag! I to gołymi łapami! – Zyga wyrwał mu z ręki kartoniki i rozłożył je na rękawiczce. Były zmarszczone od wilgoci, pomazane szarobrązowymi kleksami ulicznego błota. – Na cholerę mi wasze odciski!
– Ja żem myślał... – zaczął mundurowy.
– Drugi raz lepiej nie myślcie tak zaraz z rana. A dawno wezwaliście fotografa? – syknął zniecierpliwiony Maciejewski.
– Ja... – zająknął się policjant. – Ja przekazałem wiadomość dyżurnemu przodownikowi z Komisariatu Głównego. Zgodnie z regulaminem.
Zyga zapalił papierosa, ukrywając go przed deszczem pod zwiniętą dłonią. Jednak dym i tak snuł się niemrawo, wcale nie smakował. Z początku podkomisarz miał chęć obsobaczyć Rafalika, ale dał sobie spokój. Przyszłym policjantom nabijano głowy masą paragrafów i bzdurnych regulaminów, potem w praktyce uczono oszczędzania na czym się da, tylko ćwiczenia intuicji i zwykłego myślenia unikano podczas szkolenia jak ognia. Myślenia zwłaszcza, bo wtedy kursanci mogliby sami wpaść na to, że „zgodnie z regulaminem” nie zawsze oznacza „skutecznie”. Cud, że niektórzy, tak jak Zielny czy Fałniewicz, mieli dryg do roboty kryminalnej.
– A gdzie ta prostytutka? – spytał już spokojniej Maciejewski.
– Z przeproszeniem prostytutka – zarechotał Zielny, ale kierownik zmierzył go złym wzrokiem i wywiadowca nachylił się przy trupie.
Policjant wskazał okno na pierwszym piętrze oficyny.
– Pod numerem trzecim. Kazałem jej się stamtąd nie ruszać. Pod sankcją – dodał służbowym tonem.
– Musowo, że pod sankcją – nie wytrzymał wybrylantynowany tajniak.
– Chodźcie, Zielny. – Zyga machnął na niego ręką. – A wy, Rafalik, wołajcie, jak tamci się zjawią.
Weszli do ciemnej i wąskiej sieni. Naprzeciw były zabite deskami drzwi, w górę stromo pięły się drewniane schody. Skrzypiały przy każdym kroku, a chybocącej się poręczy lepiej było nie dotykać.
Zielny zapukał do mieszkania na pierwszym piętrze, ale długo nikt nie otwierał. Maciejewski już miał walnąć mocniej, kiedy skrzypnęły zawiasy i w progu stanęła rozczochrana dziewczyna w szlafroku i rozdeptanych pantoflach.
– Wieczorem przyjdźta – ziewnęła, oszacowawszy ich wzrokiem.
– Policja. – Zielny wsunął nogę między drzwi a framugę i wyłuskał z kieszeni swoją blachę.
– Już mnie policja rozpytywała. Ile razy można?
– Przez całe czterdzieści osiem godzin i to bez paragrafu. – Zielny władował się do środka. Podkomisarz wszedł za nim.
Znaleźli się w typowym sublokatorskim mieszkaniu. W kuchni tuż obok wejścia stał duży stół cały zawalony brudnymi naczyniami, na kredensie piętrzyły się talerze z resztkami jedzenia. Gospodyni ani myślała sprzątać, bo nie ona tu brudziła, a podnajemcy tym bardziej nie mieli takiej potrzeby. Wąski zagracony korytarz prowadził do osobnych pokoi. Drzwi ostatniego po prawej były uchylone. Prostytutka, człapiąc ociężale pantoflami, ruszyła w jego stronę.
– No to o co się rozchodzi? – spytała, siadając na rozgrzebanej pościeli.
Zyga zignorował pytanie. Podszedł do okna i wyjrzał. Szary listopadowy poranek przez brudną szybę wyglądał tak wstrętnie, że tylko się powiesić. Posterunkowy Rafalik mókł, przechadzając się obok trupa. Jego kroki były równie beznamiętne, co krople deszczu zacierające ślady przestępstwa.
– O co chodzi? O to samo, co zawsze – odpowiedział dziwce Zielny. – Imię, nazwisko, zameldowana... Dla porządku: ja nazywam się Pan Wywiadowca, a tamten pan nazywa się Pan Komisarz.
Wtedy przyjrzała się uważniej Maciejewskiemu. Owszem, a nawet bynajmniej, widywała facetów o takich mordach w towarzystwie tajniaków, ale zawsze w kajdankach. Coś jej tu śmierdziało... Zresztą czy ten młodszy wyglądał na glinę? Wiedziała już od Zochy, że tamten fagas w nocy dobrze jej zapłacił, żeby nikomu o nim nie mówiła. Bał się kogoś jak nic! A teraz leży sztywny, zaś do niej przychodzi alfons z bandziorem... Może nie trza było szumu robić?...
– Aczkolwiek legitymacje panowie okażą! – zażądała.
Zyga wyjął z wewnętrznej kieszeni portfel z dokumentami.
– Jakkolwiek sobie chcesz – powiedział całkiem poważnym tonem.
Zielnego złapał nagły atak kaszlu, ale po chwili się uspokoił, sięgnął po swoją legitymację i podsunął ją prostytutce.
– Wystarczy czy będziesz telefonować do ministra Józewskiego?
– No dobra, to powiem, co trzeba. Tylko niech mnie panowie władza już nie ciągają po komisariatach, co? Muszę się wyspać po robocie.
...cd w książce...


